środa, 17 kwietnia 2019

Recenzja książki "Naga Góra".

Naga Góra – Nanga Parbat – Brat, śmierć i samotność – autor: Reinhold Messner.



         Witajcie w kolejnej odsłonie recenzji o-powieści z górskich wędrówek.
Tym razem coś z dawnych czasów kiedy jeszcze nie było mnie na świecie, ale moi rodzice już chodzili po górskich szlakach (widać coś zostało we krwi w spadku😊 ), działy się na świecie rzeczy które nie śniły się filozofom ale górskim fanatykom i owszem 😊. Kto by nie chciał znaleźć się na czubku góry, każdy szczyt jest uwieńczeniem wędrówki a, że szczyt ma te 8000m. n. p. m. to tylko widoki ładniejsze 😊.
          Książka została wydana w 2010 roku ale Naga Góra Reinholda Messnera w głównej mierze przedstawia wydarzenia z roku 1970. Jednak w celu lepszego zrozumienia tamtej sytuacji przedstawione są fakty z wcześniejszych lat, które poniekąd miały wpływ na decyzje i rozwój wydarzeń podczas wyprawy na Nanga Parbat, w której udział brał sam autor.
Z racji, że ma to być recenzja, która mam nadzieję, że zachęci Was do przeczytania tej pozycji to skupię się bardziej na formie niż treści 😊.
          Książkę tą pożyczyłem razem z poprzednią czyli Misja helikopter Simone’a Moro. Jednak były to dwa różne światy mimo, iż obie opowiadały o górach to z Nagą Górą szło mi dość opornie.
Zdecydowanie forma dziennika jak w przypadku Nanga Parbat Dominika Szczepańskiego czy Zew lodu Simone’a Moro bardziej przypadła mi do gustu i była dla mnie bardziej przystępna.
Gdy skończyłem czytać książkę (z entuzjazmem) zacząłem się zastanawiać czemu na początku szło mi to tak opornie, w końcu to góry, które powinny cieszyć wciągać i dawać satysfakcje. Niby góry te same lecz styl pisania, skakanie w czasie i przestrzeni czy ukazanie na początku książki zakończenia, moim zdaniem były kiepskim pomysłem autora. Dodatkowo zdjęcia ukazane w znacznej ilości na początku książki odciągają uwagę od ciekawych wątków i faktów. Jednak z czasem, gdy akcja na górze zaczęła się rozkręcać, fabuła pochłonęła mnie w całości i niemal przeniosłem się w ten zimny rejon najwyższych gór świata. I tak kolejne strony zmieniały się coraz szybciej żeby poznać dalszy ciąg losów wspinaczy wysokogórskich.
             Książka opowiada o wyprawie na Nagą Górę, która miała swój tragiczny finał w postaci śmierci brata jednego z najwybitniejszych Himalaistów. Wersje i oskarżenia na temat tej śmierci są różne. W tej książce mamy okazję przeczytać wersję samego Reinholda Messnera, któremu wraz z bratem Guntherem udało się zdobyć szczyt góry jednak zejście tą samą drogą było zbyt ryzykowne i postanowili schodzić inną drogą – drogą w nieznane.
Autor przedstawia nastroje i relacje ze współtowarzyszami wspinaczki oraz kierownikiem wyprawy, dla którego zdobycie tej góry jest testamentem po zmarłym przyrodnim bracie. Po wyprawie większość ludzi obwinia Reinholda Messnera o śmierć swojego brata. W książce jednak autor stara się odpierać te zarzuty.
           W książce tej znajdziemy wiele opisów bardzo ekstremalnych sytuacji, których normalny człowiek mógłby nie przetrwać. Po śmierci brata autor opisuje swoje stany świadomości i to w jaki sposób ledwo żywy doszedł do pierwszej wioski po drugiej stronie góry w dolinie Diamir.
Książkę mimo początkowych oporów mogę z pewnością polecić każdemu kogo fascynuje podróż na szczyt, trudności i zwroty akcji z tym związane. Ta książka ukazuje również specyfikę wspinaczki wysokogórskiej w owych czasach. Książka warta polecenia choćby ze względu na nazwisko jednego z najwybitniejszych Himalaistów, pierwszego zdobywcy wszystkich ośmiotysięczników – Reinholda Messnera.
           Obecnie jestem w trakcie lektury książki, która ukazuje historię w trochę innym świetle, recenzja już wkrótce. 


czwartek, 31 stycznia 2019

Recenzja książki "Misja helikopter"

Recenzja książki "Misja helikopter"

      W kolejnym wpisie z serii recenzji książek górskich, chciałbym Wam przedstawić pozycję, która może po tytule nie zapowiada górskiego klimatu, ale zarówno okładka, jak i nazwisko autora rozwiewają wszelkie wątpliwości.
Książka pt. „Misja helikopter” jest autorstwa Simone’a Moro, wybitnego himalaisty, którego w większym zarysie można poznać w poprzednich pozycjach przedstawionych na blogu.
Można powiedzieć, że te 3 książki „Zew lodu”, „Nanga Parbat” i „Misja helikopter”, to pewnego rodzaju trylogia z życia autora. Mimo, iż w każdej książce autor przedstawiany jest z rożnych punktów widzenia, to częścią wspólną na pewno są góry, a właściwie te najwyższe w Himalajach i Karakorum.
O swojej rodzącej się pasji do helikopterów można przeczytać już w książce „Zew lodu”, kiedy to pilot helikoptera pozwala pierwszy raz „prowadzić” latający statek powietrzny. Podczas transportu do obozu pod  Annapurną, gdzie zamierzał wejść wraz z Denisem Urubką, pilot przekazał stery i po krótkim instruktażu od rosyjskiego pilota udał się w miejsce, które dobrze znał.
Simone zapragnął wtedy by zrealizować swoje marzenie jakim było latanie helikopterem w najwyższych górach świata. Jednak nie był to plan wożenia turystów pod sam szczyt, lecz niesienie pomoc tym, którzy jej potrzebują w sytuacjach zagrożenia życia i to nie tylko wspinaczom, ale również lokalnej ludności.
Oficjalnie informację tę ogłosił na konferencji po zdobyciu jako pierwszy szczytu Makalu zimą w 2009 roku.
Autor w książce opisuje swoje kolejne etapy zbliżające go do upragnionego celu. Opowiada o ludziach, którzy pojawili się w jego życiu przy okazji tego projektu. Przedstawia zarówno tych, którzy mu pomagali i wspierali, ale też ukazuje tych, którzy stwarzali problemy i z zazdrości czekali tylko na potknięcie i fiasko wielkiego przedsięwzięcia.
Możemy również dowiedzieć się, jak wygląda uzyskanie licencji pilota helikoptera, o którą Simone ubiegał się w USA z uwagi na biurokracje w jego makaronowej ojczyźnie.
W trakcie realizacji jednego marzenia autor nadal wybiera się w najwyższe góry by wspinać się, ale również by trenować loty u boku doświadczonych pilotów przy realizacji akcji ratunkowych i logistycznych. Z uwagi na cenne doświadczenie himalaisty, Simone jest wręcz stworzony do akcji ratunkowych w najwyższych górach świata. Umiejętności wspinaczkowe, zdolności aklimatyzacyjne, znajomość topografii gór oraz nabieranie odpowiedniego doświadczenia w lotach śmigłowcem dawały mu szerokie pole do działania.
W książce możemy znaleźć opisy kilku akcji ratowniczych, z których każda pokonywała kolejną barierę możliwości śmigłowca. Kilka razy autor wspomina, że osiągnęli wysokość wyższą niż tą maksymalną jaką mają wpisane w dokumenty maszyny (akredytacja), po czym zawsze wprowadza sprostowanie, że widocznie znowu wysokościomierz źle pokazuje, bo przecież tak wysoko nie mogą latać.
Simone Moro opisuje również sytuację z jaką się spotkał podczas jednego ze swoich wyjść na Mount Everest, gdy grupa Szerpów innej wyprawy zaatakowała i pobiła go, a kilka dni później on helikopterem przyleciał na ratunek właśnie tej grupie Szerpów. Poniżej link do tej sytuacji.
Podczas czytania tej opowieści możemy znaleźć dobre i złe strony ludzi, miejsc czy sytuacji.
Autor wspomina też tragiczne wydarzenia sprzed lat gdy zginął jego partner wspinaczkowy Anatolij czy włoski przyjaciel Gianni, z którym uczył się latać jego śmigłowcem, który na łożu śmierci oznajmił, że sprzeda mu go w dobrej cenie.
Książka ta ukazuje najwyższe góry świata z innej perspektywy, tej uniesionej kilka metrów nad szlakami wypraw, tej kilka metrów od skalnych ścian, w których himalaiści czekają na pomoc, w końcu tej kilka metrów nad najwyższymi wierzchołkami gór na Ziemi. Jest to opowieść o człowieku, który dąży do spełnienia swojego kolejnego, prawie niemożliwego marzenia i pokazuje, że gdy czegoś się bardzo pragnie to można to osiągnąć, i że wszelkie granice są tylko po to, by je pokonywać. Ciągłe poznawanie siebie i sprawdzanie na ile tak naprawdę nas stać i co jesteśmy w stanie wytrzymać, a przy tym jak wielką radość osiągnąć, bo nie sam cel, ale droga do jego zdobycia jest najważniejsza.

Tą opowieść o wspinaczu, który oprócz wspinania się w najwyższych górach świata miał marzenie, by również tam stworzyć lotnicze ratownictwo górskie, i któremu udało się zrealizować to marzenie, mogę śmiało polecić każdemu, kto kocha góry i podobnie jak autor chciałby bujać w obłokach nad górskimi szczytami, ale nie w myślach, lecz za sterami helikoptera.

środa, 9 stycznia 2019

Nanga Parbat - recenzja

Nanga Parbat - recenzja

ŚNIEG, KŁAMSTWA I GÓRA DO WYZWOLENIA

           W kolejnej odsłonie cyklu recenzje książek górskich, chciałbym Wam przedstawić książkę pod tytułem „Nanga Parbat” i jakże wymownym podtytułem „ŚNIEG, KŁAMSTWA I GÓRA DO WYZWOLENIA”.
Autorami tej książki są: Dominik Szczepański i Piotr Tomza.
Akcja rozgrywa się pod tytułową Nagą Górą, zimą w 2016 roku.
Książka przedstawia wydarzenia jakie miały miejsce podczas próby zimowego wejścia na dotąd niezdobyty o tej porze roku szczyt.
Tego roku, tej zimy, pod tą górą spotkało się kilka zespołów, z których każdy chciał jako pierwszy stanąć zimą na wierzchołku Nanga Parbat.
Dwa punkty widzenia przedstawiają dwaj autorzy.
Piotr Tomza razem z grupą Nanga Dream 2015/16 – Justice for All przedstawia tą jasną stronę góry od doliny Rupal.
Dominik Szczepański jest w bazie od strony Diamir po ciemnej stronie i towarzyszą mu  bardziej znane osoby, takie jak:  Adam Bielecki, Jacek Czech, Simone Moro, Alex Txikon, a także zespół Tomasza Mackiewicz i Elisabeth Revol.
Grupa Nanga Dream pod kierownictwem Marka Klonowskiego była bardziej amatorska lecz niemniej wojownicza i zmotywowana. Tego roku Marek Klonowski był pod Nangą po raz piąty.
5 lat wcześniej 2010/2011 po raz pierwszy wybrał się pod Nangę razem z Tomkiem Mackiewiczem.
Przed wyjazdem napisali do Artura Hajzera o poradę. W odpowiedzi na pierwszym miejscu doradzono im by ukończyli zimowy kurs tatrzański i jeszcze kilka innych rad, które miały ich lepiej przygotować do zimowej wspinaczki w Himalajach.
W 2012/2013 roku ponownie wybrali się pod Nangę. Wtedy to Marek Klonowski nagrał filmik do muzyki Grubsona, który doskonale pokazuje klimat z tej zimowej wyprawy pod Nangą.
Dla ciekawych link do tego filmiku https://www.youtube.com/watch?v=Wkw82TxcorE .
W 2019 roku Marek Klonowski został zaproszony do ekipy próbującej zdobyć po raz pierwszy zimą szczyt K2.
Zespół Nanga Dream mimo swojego mniejszego doświadczenia w Himalajach, znacznie lepiej się ze sobą dogadywał niż zespoły po drugiej stronie góry.
Grupy po stronie Diamir miały ze sobą wielkie wsparcie finansowe od sponsorów, czy fundacji, a w przypadku Tomka Mackiewicza były to również datki zebrane na internetowych zbiórkach.
Po stronie Diamir były osoby, które miały już na swoim koncie pierwsze zimowe wejścia na ośmiotysięczniki - Adam Bielecki i Simone Moro.
Książka przedstawia relacje między ludźmi w trudnych warunkach atmosferycznych, ale również walkę wspinaczy z niezdobytą jeszcze górą. Nie brakuje w niej luźnych komentarzy czy wyrazów, które niekoniecznie powinny czytać dzieci. Pokazuje jak trud w osiągnięciu celu, ekstremalne warunki potrafią zmienić osobowość człowieka. Jak w każdej górskiej książce nie brakuje powalających zdjęć krajobrazów i sytuacji oraz ludzi napotkanych podczas wypraw.
Sama forma pisania jest bardzo przystępna. Rozdziały pisane w formie dziennika wciągają czytelnika w górski świat Himalajskich szczytów. Do pełni realizmu najlepiej czytać tę książkę na zewnątrz w śnieżnej scenerii i mrozem szczypiącym po twarzy.
Oprócz bieżących wydarzeń autorzy przedstawiają wydarzenia z przeszłości by lepiej przekazać całościowy pogląd sytuacji.
Podobnie jak poprzednia książka, której recenzje przedstawiałem na blogu „Zew lodu” jest wydane przez wydawnictwo Agora. Zupełnym przypadkiem najpierw sięgnąłem po pozycję autorstwa Simone’a Moro, która chronologicznie przedstawia górskie zdobywanie szczytów przed książką „Nanga Parbat”.
Dlatego też polecam zachowanie kolejności czytania tych dwóch książek, pozwoli to na lepsze zrozumienie opisanych zdarzeń pod Nanga Parbat.

Dziękuję, za zapoznanie się z moją recenzją, kolejnej górskiej książki, która wciąga i „zaprasza do tańca”.

piątek, 23 listopada 2018

Recenzja książki: "Zew lodu" - Simone Moro

Recenzja książki: "Zew lodu" - Simone Moro

Witajcie na mojej kolejnej recenzji, książki o tematyce górskiej.
Tym razem zapraszam na recenzję książki pt. „Zew lodu” autorstwa Simone Moro.
Już sam podtytuł „Ośmiotysięczniki zimą – moje prawie niemożliwe marzenie” przedstawia główny temat, który będzie przedstawiany w tej książce.
Autorem książki jest Simone Moro, włoski wspinacz wysokogórski, ale także bibliotekarz, trener pływania, oraz oficer włoskiej armii. Osoba, która po długiej przerwie w zimowym zdobywaniu nowych niezdobytych ośmiotysięczników (17 lat), postanowił na nowo rozgrzać ogień rywalizacji wśród miłośników górskich wspinaczek i odkrywania terenów jeszcze nie odwiedzanych powyżej 8000 m.n.p.m.
Książka pisana jest podczas wyprawy na Nanga Parbat w 2012r. 
Początek książki opisuje pierwsze zimowe wejścia na górskie szczyty, jeszcze poniżej 8000 m.n.p.m. Następnie autor nawiązuje do tragicznych wydarzeń jakie przeżył podczas wyprawy na Annapurnę w 1997r., gdzie zginęło 2 jego towarzyszy w tym oddany przyjaciel Anatolij Bukriejew, a jemu samemu udało się cudem przeżyć.
Autor opowiada o wielkiej przyjaźni jaka łączyła go z Anatolijem i o potrzebie posiadania kogoś na jego wzór czy podobieństwo w kolejnych wyprawach.
Simone Moro poznał Denisa Urubko, który podobnie jak Anatolij był Rosjaninem z kazachskim obywatelstwem. Zarówno Simone jak i Denis byli żołnierzami co być może sprawiło, że potrafili znaleźć wspólny język tak potrzebny na wysokogórskich wyprawach.
Podczas wyprawy właśnie z Denisem na Annapurnę dolatując do bazy helikopterem, Simone może po raz pierwszy pilotować śmigłowiec co daje początek kolejnej jego pasji, która później zaowocowała jego pracą w ratownictwie w Himalajach.
W książce znajdziemy również opisy z wypraw, które z różnych powodów nie mogły zostać ukończone.
Głównym tematem książki są pierwsze zimowe wejścia na dotąd nie zdobyte ośmiotysięczniki, a mianowicie na Sziszapangmę w 2005r., Makalu w 2009r., oraz Gaszerbrum II w 2011r.
Pierwszy z tych szczytów Simone zdobył razem z Polakiem Piotrem Morawski, dwa pozostałe z Denisem Urubko. Simone jako pierwszy na świecie dokonuje zdobycia 3 niezdobytych zimą szczytów powyżej 8000m.n.p.m.
Jak każda dobra książka o wyprawach górskich tak i ta posiada wiele kolorowych zdjęć dokumentujących chwile podczas wyprawy.
„Zew lodu” to książka pełna opisów urzekającej natury, jej siły, piękna i grozy jednocześnie. W książce znajdziemy również przedstawione relacje między członkami podczas wyprawy a także tamtejszej ludności, ich problemów i codziennych spraw. Ludzi, którzy toczą normalne życie pośród najwyższych gór świata. Dla nich każda wyprawa w wysokie góry to okazja na dobry zarobek.
Na końcu książki można zapoznać się z historią (listą) zimowego zdobywania ośmiotysięczników, których prekursorami byli Polacy.
Można też zapoznać się z górskim CV autora książki Simone’a Moro, o jego dorobku zdobytych szczytów ale i nagród jakie otrzymał.
Podczas czytania tej książki możemy przenieść się w magiczny świat górskiej wyprawy, która nie raz zaskoczy nagłym zwrotem akcji i podniesie ciśnienie tragicznymi wydarzeniami czy dynamiką zdarzeń związaną choćby ze zmianami pogody.

Jeśli jesteście ciekawi szczegółów tej książki gorąco polecam jej przeczytanie. Niewątpliwie będą to ciekawie i mile spędzone chwile pośród zimowych wierzchołków najwyższych szczytów świata.


piątek, 9 listopada 2018

Tatry jesień 2016

Tatry Polskie – Szpiglasowy Wierch, Świnica – wspomnień czar.

Wykorzystując czas do kolejnej nowej wędrówki po górach, chciałem Wam przedstawić relację z mojego wyjazdu w Tatry Polskie, który miał miejsce w dniach 26-28 października 2016.
Mniej więcej 2 lata temu korzystając z okazji, że miałem kilka dni wolnych i pogoda zapowiadała się całkiem przyzwoita, wiele nie myśląc spakowałem plecak i udałem się do Zakopanego.

Dzień 1.

Planując wyjazd za cel obrałem sobie Tatry Wysokie. Jak zwykle na wyjazd kilkudniowy wybrałem transport komunikacją zbiorową, najpierw do Krakowa później do Zakopanego. W Zakopanem przesiadłem się na busa na Palenicę Białczańską, skąd pieszo udałem się nad Morskie Oko przywitać się z najwyższymi górami. Na pierwszy nocleg wybrałem swoje ulubione Schronisko w Dolinie Roztoki.




Dzień 2.

Drugi dzień przywitał mnie kiepską pogodą, niski pułap chmur i widoczny szron na trawie i drzewach oznaczał, że szlaki mogą być oblodzone i śliskie. Pierwszy śnieg wtedy już spadł i kilka dni dobrej pogody roztopił większość śniegu z południowych stoków, jednak po północnej stronie zalegały mocno zmrożone obszary śniegu.
Plan na ten dzień obejmował wejście na Szpiglasowy Wierch i zejście do Schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich.

Początkowe km wędrówki nie należały do tych z super widokami. Dobrze, że już kilkukrotnie pokonywałem tą trasę więc wiedziałem jakie widoki tracę. Idąc cały czas w pochmurnej scenerii miałem ciągle nadzieję, że uda mi się wyjść ponad te chmury, w końcu to ponad 2000 m. n.p.m.
Zbliżając się do odejścia na czarny szlak prowadzący do Schroniska w D5SP zacząłem zauważać przebijające się przez chmury zbocze Koziego Wierchu.



Idąc dalej w kierunku Siklawy zacząłem wchodzić w chmurę. Z uwagi na wilgoć w pobliżu trzeba było uważać na oblodzenia na szlaku i ostrożnie stawiać każdy krok. Gdy już byłem powyżej Siklawy zostawiłem białą pierzynkę w Dolinie Roztoki a moim oczom ukazał się widok mojego celu do osiągnięcia.





Podążając dalej spotkałem tutejszą zwierzynę, która zbytnio nie przejęła się moim towarzystwem.


Po obejściu jezior (stawów) zaczęła się wędrówka do góry. Za plecami widoki robią się coraz lepszy gdy nagle widzę jak biała pierzynka zaczyna dosłownie płynąć po tafli jeziora w moją stronę.


Na szczęście udało mi się znaleźć powyżej chmur, które dochodząc do ściany przysłoniły widok na Schronisko w D5SP jak i na te największe jeziora (stawy).


Po chwili doszedłem do rejonu gdzie musiałem założyć raczki, żeby oszczędzić nogi i pupę przed twardym lądowaniem, wtedy dostrzegłem, że pierzynka zniknęła i znowu mogłem podziwiać D5SP w całej okazałości.



Zbliżając się do Szpiglasowej Przełęczy trzeba było jeszcze pokonać odcinek z łańcuchami, które były trochę przysypane śniegiem, ale podejście nie sprawiało większych trudności.
Z tyłu było widać kolejne osoby, które zmierzają tą samą trasą.





Po chwili docieram na Przełęcz, skąd rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na D5SP, Orlą Perć, Świnicę na północy jak i na Morskie Oko, Czarny Staw, Rysy i całe mnóstwo najwyższych szczytów Tatr.



Dalszy ciąg podziwiania widoków dokończyłem ze Szpiglasowego Wierchu, gdzie podczas podchodzenia w dolinki wróciła biała pierzynka dodając tylko uroku tym wspaniałym widokom.
















Szpiglasowy Wierch to chyba jedno z tych miejsc gdzie mogłoby się siedzieć cały dzień a i to byłoby mało. Sam byłem już chyba z 4 razy.
Po dłuższej chwili na szczycie postanowiłem zejść na Przełęcz kierując się powoli do Schroniska w D5SP.






Na łańcuchach spotkałem grupkę kobiet (dziewczyn), które miały mały problemy ze schodzeniem po śniegu i śliskich skałach. Jak się później okazało w plecakach miały raki ale założyły je dopiero po zejściu z łańcuchów – do dziś nie mam pojęcia dlaczego.


Schodząc dalej minąłem turystę, który spytał czy już warto założyć raki mimo, że już chwilę podchodził po śniegu, odparłem, że jak ma to niech zakłada.
Po chwili, gdy już śniegu było coraz mniej postanowiłem ściągnąć raczki co po chwili dość mocno odczuł mój tyłek. Najpierw zszedłem do parteru a po chwili kolejny poślizg sprawił, że na butach przejechałem dobre kilka metrów w dół. Na szczęście były to już ostatnie oblodzone kamienie i resztę drogi do Schroniska przebiegła bez większych przygód. Dzień zbliżał się ku końcowi i w dolinie zrobiło się ciemniej, do tego biała pierzynka znowu przykryła szczyty na dobranoc.



Po dotarciu do Schroniska otrzymałem miejsce w pokoju 8 osobowym, gdzie jak się później okazało śpią również 2 znajome, które rano poznałem podczas wędrówki Doliną Roztoki.

Dzień 3.

Dzień 3 a zarazem ostatni wymagał wczesnej pobudki, żeby trasę z D5SP do Zakopanego ukończyć przed zmierzchem.







Trasa początkowo miała przebiegać przez Zawrat do Doliny Gąsienicowej. Niestety z uwagi na mocno zmrożony śnieg po północnej stronie Zawratu wybrałem opcję południową stroną na Świnicę.


Zarówno na Zawrat jak i Świnicę na szlaku zalegało sporo śniegu, który nie wszędzie był dobrze związany.



Kawałek za Zawratem w kierunku Świnicy zniknęły wszystkie ślady, które prowadziły za szlakiem, możliwe, że zostały przysypane nawianym śniegiem lub jakąś małą lawinką.






W niektórych miejscach łańcuchy były schowane pod śniegiem a w jednym miejscu skały były pokryte grubą warstwą lodu.






Po dojściu do Świnickiej Przełęczy miałem zejść tamtędy do Doliny Gąsienicowej, jednak śnieg podobnie jak na Zawracie był mocno zmrożony po zacienionej północnej stronie, dlatego poszedłem dalej do Przełęczy Liliowe gdzie zejście było również trochę oblodzone ale postanowiłem zejść właśnie tym szlakiem.




Gdy doszedłem do miejsca na wysokości Schroniska w Murowańcu słońce chowało się już za góry, a w sercu był smutek i żal, że trzeba opuszczać to miejsce.



Dalsze zejście do Zakopanego odbyłem przez Boczań w towarzystwie Pani z Łodzi, dzięki czemu czas zleciał szybciej.


Wracając przez Zakopane na dworzec było już ciemno, więc można powiedzieć, że dzień wykorzystany na 100%.


Z tego wypadu pozostanie w głowie pełno wspomnień, nowe doświadczenie z poruszania się po śniegu na szlaku oraz pełno zdjęć, którymi z Wami się chętnie dzielę opowiadając tę historię.
Dziękuję za dotrwanie do końca, jak zwykle wszelkie uwagi możecie pisać w komentarzach, kto jeszcze nie polubił strony na FB a ma taką chęć to zapraszam, miło wiedzieć, że komuś podobają się moje górskie opowieści.


  „Berbeka życie w cieniu Broad Peaku” Pierwsza recenzja po dłuższej przerwie przypadła na książkę o jednym z najwybitniejszych himalais...