Szczęśliwe koty co mają na co dzień widok na góry
sobota, 3 listopada 2018
czwartek, 1 listopada 2018
"Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą"- J. Twardowski
1 listopad - czas zadumy i wspomnień
Góry - radość, pasja ale i miejsce wiecznego spoczynku
Jak co roku na początku listopada wspominamy osoby, których już nie ma na tym świecie, które odeszły na zawsze. Jedni odeszli wśród najbliższych, inni w samotności, jedni nagle, inni przygotowani do tego. Oprócz tego kiedy i jak ważne też gdzie. Może to zabrzmi brutalnie ale wiele osób, które mogłoby wybierać miejsce swojej śmierci czy wiecznego spoczynku wybrałoby góry. Może te najwyższe, może te niskie lecz równie urokliwe. Ile osób tyle miejsc, tyle deklaracji. Osobiście jakby już nadszedł mój czas to nadające się organy oddał bym innym potrzebującym a resztę chciałbym, żeby spalono i rozsypano z jakiejś fajnej górki.
Wczoraj wybrałem się na groby w okolicy mojego miasta i po raz pierwszy odwiedziłem miejsce gdzie spoczywa pewna kobieta, o której pierwszy raz usłyszałem gdy poszukiwał Ją TOPR.
Było to 3 lata temu pod koniec sierpnia, gdy wybrałem się na odcinek Orlej Perci od Zawratu do Koziej Przełęczy. W ten dzień śmigłowiec TOPR był dość często słyszany w okolicy. Jak się okazało po powrocie poszukiwali kobiety z mojej miejscowości, która wybrała się na samotną wspinaczkę Taternicką.
Może przytoczę tutaj wpisy z kroniki TOPR dotyczący tego tragicznego zdarzenia rok 2015:
Sobota 29.08.
O godz. 7.25 do TOPR zadzwoniła zaniepokojona matka informując, że od czwartku nie ma kontaktu ze swoją córką, która wcześnie rano wyszła z M. Oka na samotną wycieczkę ( wspinaczkę?) prawdopodobnie na Słowację. Zabrała ze sobą sprzęt wspinaczkowy i była przygotowana na biwak w górach. Ostatni raz córka próbowała się z nią kontaktować około 17:00 niestety połączenie było zrywane. Z pokładu śmigłowca sprawdzono grań od Rysów po Cubrynę. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Po godz. 12-tej śmigłowiec przewiózł w rejon Morskiego Oka ekipę ratowników, którzy mieli sprawdzić ten rejon wędrując pod ścianami.
Niedziela 30.08.
Od rana wznowiono poszukiwania zaginionej w czwartek taterniczki. Ratownicy zostali śmigłowcem rozwiezieni w rejon grani od Żabiego Niżnego Po Mięguszowieckie Szczyty. Z pokładu śmigłowca sprawdzono grań „ Mięguszy” po Cubrynę. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu.
O godz. 18.13 ratownicy słowaccy poinformowali TOPR, że telefon poszukiwanej taterniczki logował się do przemiennika w Wielkim Sławkowie, co sugeruje, że poszukiwana może znajdować się w Dol. Batyżowieckiej, Złomisk, Mięguszowieckiej. Wobec tego odwołano ratowników TOPR z poszukiwań.
Poniedziałek 31.08.
Od rana śmigłowiec HZS oblatywał granie w Dol. Złomisk, Batyżowieckiej, Mięguszowieckiej w poszukiwaniu zaginionej taterniczki. Nie natrafiono na żaden ślad poszukiwanej.
Po południu doszło do zdarzeń jak na filmie „Powiększenie”. O godz. 13.57 do TOPR zadzwonił jeden z polskich taterników , który wspinał się w czwartek w Dol. Batyżowieckiej , robiąc zdjęcia okolicy. Po powrocie do domu przejrzał zdjęcia i po powiększeniu na jednym z nich ukazała się na grani Małej Kończystej sylwetka taterniczki ubiorem odpowiadającej poszukiwanej. Kolejne zdjęcia ukazały tragedię do jakiej doszło wkrótce. Widać na nich taterniczkę, która w pozycji półleżącej jest na stromej pochyłej płycie, przywiązana do liny, której koniec zaczepił się o jakiś głaz w ścianie. Kolejne zdjęcie ukazuje, że taterniczka zsunęła się po płycie i wisi na linie. Zdjęcia te przesłał do TOPR. O zdarzeniu Powiadomiono ratowników słowackich, którzy rozpoczęli działania ratownicze. Przyczynę zdarzenia bada słowacka prokuratura.
Poniżej link do artykułu nt. wypadku.
Pozwolę sobie również zamieścić zdjęcie nagrobka, który jest jakże symboliczny i wyjątkowy.
Również link do kilku zdjęć Olgi.
Każdy z Nas nie raz na szlaku widział tabliczkę, że ktoś zmarł na szlaku choćby na podejściu na Radziejową od Przehyby.
Jest to historia jednej osoby, która kochała góry lecz podobnych historii jest pełno zaczynając od znanych osób wspinających się w najwyższych górach po te o których może nawet nigdy nie usłyszymy.
niedziela, 21 października 2018
Jesień w Beskidzie Sądeckim, czyli kolejny odcinek GSB
W poszukiwaniu złotej jesieni w Beskidzie Sądeckim.
Trasa: Rytro - Przehyba - Radziejowa - Niemcowa - Kordowiec - Rytro
W dzisiejszej odsłonie wycieczka, która odbyła się 12.10.2018.
Korzystając z powoli już przemijającym czarem złotej jesieni postanowiłem podzielić się wrażeniami i zdjęciami z tego wyjazdu.
Baza start-meta znajdowała się w miejscowości Rytro.
Początek wędrówki zaczął się trochę późno jak na jesienną porę bo ok. 9:30.
Na dodatek już na samym początku szlaku szlaban opuścił się tuż przed Naszymi (ja i Marta) nosami i trzeba było poczekać, aż PeKaPe łaskawie się przetoczy.
Pierwotnie trasa miała przebiegać zgodnie z załączoną mapą, jednak na rozejściu szlaku pieszego i narciarskiego (ok. 4km od startu Wielka Roztoka Ryterska - Pod Gałką) z uwagi na dość znaczne błotko na szlaku pieszym zdecydowaliśmy się na wariant narciarski przez Halę Konieczną.
Trasa: Rytro – Rytro | mapa-turystyczna.pl
Na początku trasy idziemy drogą asfaltową. Po drodze mijamy ścieżki edukacyjne i futrzastych przyjaciół wypasających się pod bacznym okiem pieska wersji Podhalańskiej.
Następnie "Stary kamieniołom", gdzie pod wiatą robimy krótką przerwę na bułkę i ciepłą herbatę z sokiem malinowym - idealny napój nawet na pogodny dzień jak wtedy mieliśmy.
Po ok. 6,5km dochodzimy do rozdroża Borsuczyny 600m. n.p.m. gdzie szlak zaczyna szybciej nabierać wysokości, wg szlaku mamy przed sobą 7km na Przehybę.
Cała trasa przez las zdumiewa Nas jesiennym krajobrazem, istnym szaleństwem barw liści w objęciach słońca i na tle niebieskiego nieba.
Po paru km wychodzimy z lasu wchodząc na Halę Konieczną.
Z Hali Koniecznej już niedaleko do dojścia do pieszego szlaku niebieskiego, skąd dalej udajemy się do Schroniska PTTK na Przehybie.
W Schronisku dorzucam pieczątki do książeczki z Beskidzkich szlaków, uzupełniamy kalorie i rozpoczynamy trasę Głównego Szlaku Beskidzkiego na odcinku Przehyba - Rytro.
Kierując się na Radziejową na horyzoncie pojawiają się wierzchołki Tatr Bielskich, niestety w ten dzień tylko tyle było Nam dane zobaczyć.
Idąc dalej mijamy Złomisty Wierch, gdzie opodal, zimą wyszedłem na szlak po kilku godzinach błądzenia poza szlakiem w śniegu po kolana. Może kiedyś opiszę jak do tego doszło.
Kierując się ku Radziejowej dochodzimy do rozejścia a raczej obejścia Radziejowej gdyby ktoś nie miał ochoty się wspinać. Dodatkowo jest informacja o zamkniętej wieży widokowej, jednak kierunki do wieży ciągle tam się znajdują.
Na szczycie najwyższej góry Beskidu Sądeckiego robimy krótki odpoczynek na jedzenie plus zdjęcia i ruszamy dalej na szlak bo czas zapowiada się nieciekawy i końcówkę szlaku będziemy kończyć już po zachodzie słońca.
Przy rozejściu pod Wielkim Rogaczem idziemy w kierunku Niemcowej.
Mimo coraz niższemu słońcu krajobraz ciągle Nas zachwyca kolorami.
Schodząc coraz niżej zaczynamy napotykać na domki w lesie i poza nim.
Droga do Rytra nie chce się tak łatwo skończyć, i nawet gdy już widzimy Rytro, to ciągle jesteśmy powyżej zamku w Rytrze.
Na samym końcu szlak ostro biegnie w dół między prywatnymi domami, gdzie przy każdym domu wita Nas piesek z donośnym szczekaniem nie zawsze będąc na łańcuchu. Zaczyna się robić ciemno na szczęście droga już prosta choć dość stroma.
Na parking przy PKP przychodzę już o zmroku na dowód fotka pod dworcem.
Na koniec Naszej wędrówki kierujemy się jeszcze do restauracji "Willa Poprad" @willapoprad na regionalne dania (proziak i barszcz czerwony z pierogami z mięsem z jelenia).
Dzięki uprzejmości personelu restauracji zyskałem też potwierdzenie w książeczce GOTu w postaci pieczątki.
Podróż w Beskidy na jeden dzień jesienią na pewno trzeba zaczynać wcześniej. Na szczęście plan został wykonany, kolejny odcinek GSB można odhaczyć i planować kolejne. Znaleźliśmy również to złoto, którego oczekiwaliśmy w tym roku dlatego kolejne ponure dni jesieni już nie będą takie dobijające. I wszystko byłoby super gdyby nie to, że 2 dni po tej wędrówce miałem biec w półmaratonie w Krakowie. Spokojnie, 21km udało się pokonać i o dziwo nogi i stopy nie bolały.
Dziękuję za pozostanie do końca relacji, jeśli się Wam podobał ten wpis to możecie skomentować ciepłym słowem, każdy sygnał od Was mile widziany.
Do zobaczenia na szlaku lub przy kolejnym wpisie na blogu.
Na początku trasy idziemy drogą asfaltową. Po drodze mijamy ścieżki edukacyjne i futrzastych przyjaciół wypasających się pod bacznym okiem pieska wersji Podhalańskiej.
Następnie "Stary kamieniołom", gdzie pod wiatą robimy krótką przerwę na bułkę i ciepłą herbatę z sokiem malinowym - idealny napój nawet na pogodny dzień jak wtedy mieliśmy.
Cała trasa przez las zdumiewa Nas jesiennym krajobrazem, istnym szaleństwem barw liści w objęciach słońca i na tle niebieskiego nieba.
Po paru km wychodzimy z lasu wchodząc na Halę Konieczną.
Z Hali Koniecznej już niedaleko do dojścia do pieszego szlaku niebieskiego, skąd dalej udajemy się do Schroniska PTTK na Przehybie.
W Schronisku dorzucam pieczątki do książeczki z Beskidzkich szlaków, uzupełniamy kalorie i rozpoczynamy trasę Głównego Szlaku Beskidzkiego na odcinku Przehyba - Rytro.
Kierując się na Radziejową na horyzoncie pojawiają się wierzchołki Tatr Bielskich, niestety w ten dzień tylko tyle było Nam dane zobaczyć.
Idąc dalej mijamy Złomisty Wierch, gdzie opodal, zimą wyszedłem na szlak po kilku godzinach błądzenia poza szlakiem w śniegu po kolana. Może kiedyś opiszę jak do tego doszło.
Kierując się ku Radziejowej dochodzimy do rozejścia a raczej obejścia Radziejowej gdyby ktoś nie miał ochoty się wspinać. Dodatkowo jest informacja o zamkniętej wieży widokowej, jednak kierunki do wieży ciągle tam się znajdują.
Na szczycie najwyższej góry Beskidu Sądeckiego robimy krótki odpoczynek na jedzenie plus zdjęcia i ruszamy dalej na szlak bo czas zapowiada się nieciekawy i końcówkę szlaku będziemy kończyć już po zachodzie słońca.
Przy rozejściu pod Wielkim Rogaczem idziemy w kierunku Niemcowej.
Mimo coraz niższemu słońcu krajobraz ciągle Nas zachwyca kolorami.
Schodząc coraz niżej zaczynamy napotykać na domki w lesie i poza nim.
Droga do Rytra nie chce się tak łatwo skończyć, i nawet gdy już widzimy Rytro, to ciągle jesteśmy powyżej zamku w Rytrze.
Na samym końcu szlak ostro biegnie w dół między prywatnymi domami, gdzie przy każdym domu wita Nas piesek z donośnym szczekaniem nie zawsze będąc na łańcuchu. Zaczyna się robić ciemno na szczęście droga już prosta choć dość stroma.
Na parking przy PKP przychodzę już o zmroku na dowód fotka pod dworcem.
Na koniec Naszej wędrówki kierujemy się jeszcze do restauracji "Willa Poprad" @willapoprad na regionalne dania (proziak i barszcz czerwony z pierogami z mięsem z jelenia).
Dzięki uprzejmości personelu restauracji zyskałem też potwierdzenie w książeczce GOTu w postaci pieczątki.
Podróż w Beskidy na jeden dzień jesienią na pewno trzeba zaczynać wcześniej. Na szczęście plan został wykonany, kolejny odcinek GSB można odhaczyć i planować kolejne. Znaleźliśmy również to złoto, którego oczekiwaliśmy w tym roku dlatego kolejne ponure dni jesieni już nie będą takie dobijające. I wszystko byłoby super gdyby nie to, że 2 dni po tej wędrówce miałem biec w półmaratonie w Krakowie. Spokojnie, 21km udało się pokonać i o dziwo nogi i stopy nie bolały.
Dziękuję za pozostanie do końca relacji, jeśli się Wam podobał ten wpis to możecie skomentować ciepłym słowem, każdy sygnał od Was mile widziany.
Do zobaczenia na szlaku lub przy kolejnym wpisie na blogu.
czwartek, 18 października 2018
Recenzja książki „Gór Fanka – Moje ABC w skale i lodzie” autorstwa Anny Czerwińskiej.
Recenzja książki „Gór Fanka – Moje ABC w skale i lodzie” autorstwa Anny Czerwińskiej.
Książka ta opowiada o
wspaniałej fascynacji górami, ich zdobywaniem i pokonywaniem kolejnych etapów
kierujących w te najwyższe góry czyli Himalaje.
Ta pozycja jest pierwszą
z serii książek „Gór fanka”. Ich treść wzięła się z wywiadu (rozmowy) autorki (rocznik
1949) z Romanem Gołędowskim przy piwku, a z racji obszernego materiału i
mnóstwa wspomnień konieczne było rozbicie dorobku górskiego na kilka części.
Pierwsza część zawiera 3
etapy z górskiego życia autorki: Tatry, Alpy i Gasherbrumy ‘75 (Himalaje).
Historie w niej opisywane
mają miejsce w większości w latach ‘70 XX wieku.
Autorka w tej książce
opisuje swoje początki miłości do gór, gdy po obeznaniu się z turystycznymi,
znakowanymi szlakami postanowiła zdobywać drogi taternickie przeznaczone do
wspinaczki skałkowej.
Początki ze względu na
braki sprzętowe były trudne, a dodatkowo w owych czasach kobiety były zupełnie
inaczej postrzegane niż obecnie, co w książce jest doskonale przedstawione. Kobiety
musiały udowadniać, że też potrafią zdobywać góry, szczyty, trasami niegorszymi
niż mężczyźni. Kolejną barierą był problem z przekraczaniem granic Państwa,
które nie było tak swobodne jak teraz i żeby wybrać się w Alpy czy
Himalaje trzeba było zaistnieć robiąc
imponujące nowe trasy, coraz trudniejsze i coraz bardziej niebezpieczne.
W książce dużo jest
nazewnictwa, zwrotów czy opisów przedstawianych w sposób fachowy lub żargonem
używanym pośród wspinaczy, co sprawia pewne trudności podczas czytania dla
czytelnika nie związanego z terminologią wspinaczkową.
Ciągi zdarzeń w książce
nie są ułożone chronologicznie przez co czasem można stracić orientacje, w
którym roku dzieje się akcja.
Dużym plusem książki są
zdjęcia zarówno wycinków z gazet z artykułami o osiągnięciach autorki,
odręcznie rysowanych mapek przejścia jak i kolorowych zdjęć z górskich wypraw.
Jest to również opowieść
o przyjaźniach, znajomościach i relacjach międzyludzkich na górskim „szlaku”
niejednokrotnie w ekstremalnych warunkach kiedy to wychodzi prawdziwe oblicze
człowieka.
Znajdziemy tam również
opisy tragicznych, przykrych i niebezpiecznych sytuacji z jakimi autorka
zmagała się zarówno w górach jak i w życiu osobistym.
Książkę tą mogę spokojnie
polecić osobom, którzy podobnie jak autorka czuje się fanem gór.
A pod linkiem recenzja
samej autorki:
czwartek, 11 października 2018
Bies i Czady, czyli 3 dni wędrówki w Bieszczadach
Bies i Czady,
czyli 3 dni wędrówki w Bieszczadach
(25-27.09.2018).
Dzień 1.
Wyjazd w kierunku Bieszczad
nastąpił ok. 8 rano. Można było trochę wcześniej ale wyspać się też była
potrzeba, szkoda byłoby usnąć za kierownicą.
Obrana trasa tym razem trochę inna
niż zazwyczaj, nie ma to jak przygoda na odkrywaniu nowego skrawku lądu a raczej
asfaltowej drogi.
Po drodze mijałem takie miasta jak
Jasło, Krosno, a następnie w Miejscu Piastowym skręciłem na Duklę a później na
Komańczę, i dalej przez Cisną, Wetlinę i Brzegi Górne skąd rozpoczęła się
wędrówka w kierunku Chatki Puchatka.
Po opłaceniu parkingu i wstępu do
Bieszczadzkiego Parku Narodowego obraliśmy (ja i Marta) kierunek na Połoninę
Wetlińską szlakiem czerwonym (kawałek Głównego Szlaku Beskidzkiego)-godz.
11:42.
Po kilkuset metrach dostrzegliśmy
owoce pogody jaka była tam kilka dni wcześniej. Mokre i błotniste szlaki
zmuszały do ostrożniejszego stawiania każdego kroku.
Pogoda w tym dniu Nas nie
rozpieszczała, wilgoć wisiała w powietrzu a chmury tańcowały po niebie.
Po wyjściu z granicy lasu na
Połoninę widoczność zaczęła ograniczać mgła, na szczęście było jeszcze widać
szlak i ścieżkę prowadzącą do Chatki.
Na samym grzbiecie Połoniny do
złych warunków atmosferycznych dołączył mocny wiatr, dlatego długo nie
podziwialiśmy schronu z zewnątrz tylko weszliśmy ogrzać się i nabrać sił na dalszą
wędrówkę.
Wchodząc do środka przeżyłem lekki
szok (choć wiedziałem, że tam są warunki specyficzne), pełno ludzi i ciemno no
i … nie ma lodówki 😊.
Po potwierdzeniu swojej obecności w
Chatce Puchatka w postaci pieczątki i zakupie 1szt. kasztanka wyszliśmy na
zewnątrz. Tam nie dość, że widoków żadnych nie było to dodatkowo zrobiło się
zimno i zaczął sypać lekki śnieg. Tak więc cofnęliśmy się z powrotem do Chatki.
Po krótkiej naradzie postanowiliśmy
się rozdzielić ja poszedłem dalej szlakiem czerwonym w kierunku Przełęczy
Orłowicza, Marta zaś postanowiła zejść żółtym szlakiem do drogi i później po
samochód. Umówiliśmy się w Wetlinie w bliżej nie określonym miejscu.
Idąc Połoniną niejako pod prąd
Głównego Szlaku Beskidzkiego nadałem sobie ostrego tempa, żeby zejść o w miarę
przyzwoitej godzinie. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie raz słońce, raz
śnieg, do tego wiatr, ciemne chmury.
Po dotarciu do Przełęczy Orłowicza czas był dobry i aż kusiło podejść jeszcze na Smerek, który był na wyciągnięcie dłoni a pieszo jakieś 20 minut w jedną stronę.
Jednak postanowiłem schodzić do Wetliny (PKS). Mimo kilku moich wizyt w latach szkolnych z rodzicami w Wetlinie i Bieszczadach, nie miałem pojęcia, w którym miejscu wyjdę z tego szlaku.
Jak się później okazało doszedłem do drogi zaraz obok Chaty Wędrowca, w której Marta czekała na mnie z samochodem. Po zjedzeniu ostrej zupy Baraninówki (nazwa jak wysoko % alko, baran zalany spirytusem) udaliśmy się w kierunku Ustrzyk Górnych na kwaterę „Noclegi z Żarełkiem”.
Po dotarciu do Przełęczy Orłowicza czas był dobry i aż kusiło podejść jeszcze na Smerek, który był na wyciągnięcie dłoni a pieszo jakieś 20 minut w jedną stronę.
Jednak postanowiłem schodzić do Wetliny (PKS). Mimo kilku moich wizyt w latach szkolnych z rodzicami w Wetlinie i Bieszczadach, nie miałem pojęcia, w którym miejscu wyjdę z tego szlaku.
Jak się później okazało doszedłem do drogi zaraz obok Chaty Wędrowca, w której Marta czekała na mnie z samochodem. Po zjedzeniu ostrej zupy Baraninówki (nazwa jak wysoko % alko, baran zalany spirytusem) udaliśmy się w kierunku Ustrzyk Górnych na kwaterę „Noclegi z Żarełkiem”.
Na kwaterze dostaliśmy pokój na
piętrze bez ogrzewania za co otrzymaliśmy rabacik. Jednak na dole był kominek,
który skutecznie ogrzewał i nasz pokoik. Wychodzenie po schodach na kwaterze
było dość ryzykowne i trzeba było uważać na głowę.
Pierwsza noc minęła szybko, zmęczenie
z całego dnia skutecznie Nas powaliło do spania.
Dzień 2.
Pobudka jak na urlop o nieludzkiej godzinie 6:00, ale żeby wykorzystać cały dzień i zrobić porządną trasę trzeba było zacisnąć zęby, zewrzeć pośladki i ruszyć tyłek na szlak.
Na ten dzień wybraliśmy trasę wokół
Tarnicy. Start z miejscowości Wołosate w kierunku Przełęczy Bukowskiej, później
na Rozsypaniec, Halicz, przejście pod Kopą Bukowską, Przełęcz Goprowców,
Tarnicę i zejście do miejscowości Wołosate.
Żeby zaoszczędzić trochę czasu
postanowiliśmy na początek szlaku podjechać autem, co i po całym dniu wędrówki
również okaże się zbawienne, zwłaszcza że odcinek po asfalcie do Ustrzyk
Górnych z Wołosatego zaliczyliśmy rok temu.
Tego dnia pogoda miała być bardziej
łaskawa niż dzień wcześniej, czego obraz uzyskaliśmy już po wyjściu z auta. Tak
mnie zauroczył ten widok, że przy kupnie biletów wstępu do Bieszczadzkiego
Parku Narodowego zapomniałem wbić sobie pieczątkę do książeczki. Po dobrych
kilkuset metrach jednak przypomniałem sobie o tym i trzeba było się wracać –
jak to Pani powiedziała „dobrze, że nie z połowy szlaku”. Po wbiciu pieczątki trzeba
było nadrobić stracony czas, dobrze że było chłodno to szybko się nie zgrzałem.
Trasa w tym kierunku przebiega
łagodnie i jeśli miałbym jeszcze raz tędy iść to wybrałbym odwrotną
konfiguracje. Zejście po schodach z Tarnicy jest bardziej męczące niż wchodzenie.
Sporą część trasy pokonujemy w
scenerii jak z parku, zwłaszcza że asfalt ciągnie się dość długi kawałek a
utwardzona droga jest aż do samej przełęczy Bukowskiej.
Przed ową Przełęczą znajduje się
miejsce westchnień każdego turysty gdzie w ciszy i spokoju oraz pod zamknięciem
można zrzucić z siebie co nieco nadbagażu.
Na Przełęczy Bukowskiej szlak skręca
w lewo, ale idąc prosto dochodzimy do granicy Państwa ale i fajnego punktu
widokowego. Aczkolwiek ten sam widok można ujrzeć idąc dalej w stronę Halicza
wystarczy się odwrócić.
Przełęcz Bukowska oprócz terenowego
toj-toja, oferuje również deszczochron gdzie można przysiąść i nabrać sił.
Po długim odcinku spokojnego
podejścia pośród drzew zaczynamy się „wspinać” najpierw na Rozsypaniec, którego
tabliczki chyba nie ma, a później na Halicz. Nabieranie wysokości odsłania nam
wspaniałe widoki na górki te Polskie i te Ukraińskie. Niestety trzeba się też
oglądać za siebie bo w tyle również pokazują się urokliwe pejzaże górek i
pagórków.
Idąc połoniną w stronę Halicza mocne
podmuchy wiatru dają się we znaki, ale dla takich widoków warto by wiatr nas
przeleciał.
Na szczycie Halicza wspaniałe widoki
Bieszczad również tych Ukraińskich, ale jest i Tarnica a w oddali jedzie pociąg
jak się później okazało po stronie Ukraińskiej tuż przy granicy biegnie linia
kolejowa. Z drugiej strony na horyzoncie między górkami odsłaniają się kręcące
wiatraki (możliwe, że z okolic Przemyśla).
Po krótkim postoju na zdjęcia i małe
papu idziemy dalej. Chowając się na zbocze Połoniny wiatr nie jest już taki
uciążliwy i można w spokoju podziwiać widoki Halicza, którego zostawiamy w tyle
coraz dalej i dalej.
Dochodząc do Przełęczy Goprowców kusi by iść w drugą stronę na Krzemień i Bukowe Berdo, jednak góry nie uciekną a na kwaterę czas wracać. Przed Nami ostre i męczące podejście na Przełęcz pod Tarnicą.
Dochodząc do Przełęczy Goprowców kusi by iść w drugą stronę na Krzemień i Bukowe Berdo, jednak góry nie uciekną a na kwaterę czas wracać. Przed Nami ostre i męczące podejście na Przełęcz pod Tarnicą.
Robiąc trasę wkoło Tarnicy nie można nie
wejść i na Królową Bieszczad Polskich, jak i na szczyt zaliczany do Korony Gór
Polski.
Z uwagi na wiatr na szczycie Tarnicy zrobiliśmy
parę zdjęć uzupełnili płyny i węglowodany i można było ruszać w dół.
Zejście z Tarnicy, wyłożone niby
schodami jest dość ostre i daje w kość zwłaszcza kolanom a mi tego dnia również
i stopy. Z powodu zawiązania butów wysoko ponad kostkę, po powrocie na kwaterę
okazało się, że podbicie stopy mi spuchło, dobrze że mieliśmy maść na takie
sprawy.
Tracąc na wysokości zaczęliśmy
wchodzić w las, który nie wyglądał tak magicznie jak rok temu ale zieleń też ma
swój urok.
Dobrze, że mieliśmy samochód w
Wołosatem, bo nogi mogłyby nie dać rady jeszcze kilka km po tym asfalcie. W
dodatku pakując się do auta podszedł turysta, nieśmiało pytając czy mógłby z
kolegami z nami się zabrać. Po krótkim namyśle stwierdziliśmy, że tylko jak
zniosą te ciasne pomieszczenie w Yaris’ce to zapraszamy. Dowieźliśmy ich tylko
do Ustrzyk Górnych za co okazali swoją wdzięczność w postaci papierowego środka
płatniczego.
Tak wyczerpujący dzień trzeba było
zakończyć obfitym posiłkiem regeneracyjnym z dużą ilością kalorii. I tak na
kwaterze Właścicielka przygotowała Nam pyszną zupę ogórkową a na drugie, danie
regionalne o nazwie Knysze. Nadzienie podobne do tego w pierogach ruskich a
schowane było w cieście, które przypominało to z pączków czy oponek. Jakby już
kalorii było Nam mało to następnie udaliśmy się do Restauracji? Pod Caryńską na
ciastko (szarlotka), lody i dla mnie gorąca czekolada z bitą śmietaną.
Po takiej uczcie pozostało tylko iść
pod prysznic i do spania.
Dzień 3.
Niestety dzień ostatni więc trzeba
było się spakować i opuścić kwaterę. Z tej racji wyjście na szlak było niezbyt
wczesne, zwłaszcza że postanowiliśmy podjechać samochodem na Przełęcz
Wyżniańską i zostawić tam samochód na parkingu. Bo może to kogoś zdziwi ale tuż
przed wjazdem na parking gdzie były postawione znaki zakazu zatrzymywania i
postoju zatrzymał się samochód i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że
rejestracja wskazywała na podtarnowską miejscowość KTA.
Na parkingu opłaciwszy wszystkie
opłaty, potwierdziłem swoją wizytę kolejną pieczątką oraz spytałem Pana w budce
jaka dziś pogoda będzie, Pan z kiepską miną nie wróżył zbytnich rewelacji. No
cóż mógł chociaż skłamać i dać Nam nadzieję na odrobine słońca, grunt, że nie
padało.
Plan na ten dzień obejmował
odwiedzenie Bacówki pod Małą Rawką (kolejna pieczątka), Małej Rawki, Wielkiej
Rawki i Krzemieńca, gdzie znajduje się trójstyk granic Polski, Słowacji i
Ukrainy.
Udając się w kierunku Bacówki Pod
Małą Rawką nie sądziliśmy, że dojście tam zajmie Nam tak mało czasu i nie
będzie zbyt męczące. Mimo wszystko wstąpiliśmy zjeść szybkie 2 śniadanie. W
Bacówce jak zawsze z rana leniwe wstawanie i wszechobecna krzątanina nocujących
tam turystów i kota (to chyba maskotka w niejednym schronisku).
Po wyjściu z Bacówki udaliśmy się
zgodnie ze szlakiem na Małą Rawkę, pokonując dość ostre podejścia w bukowym
lesie.
Wychodząc coraz wyżej, drzewa ustępują miejsca jarzębinom, które straciły już wszystkie liście a zostały tylko same owoce.
Idąc tunelem pośród jarzębin z tyłu odkrywa się widok na Połoninę Caryńską. A przed Nami powoli wyłania się słupek z tabliczką, że oto jesteśmy na Małej Rawce1267 m . n.p.m.
Wychodząc coraz wyżej, drzewa ustępują miejsca jarzębinom, które straciły już wszystkie liście a zostały tylko same owoce.
Idąc tunelem pośród jarzębin z tyłu odkrywa się widok na Połoninę Caryńską. A przed Nami powoli wyłania się słupek z tabliczką, że oto jesteśmy na Małej Rawce
Z racji, że szczyt jest na
odsłoniętej połoninie, wiatr skutecznie nas zniechęcił do dłuższego przebywania
na tym szczycie więc poszliśmy dalej. Na szczęście po chwili szlak znowu chowa
się do lasu i można trochę odpocząć od męczącego wiatru.
Podejście na Wielką Rawkę znajduje się
na jednej ze ścian połoniny, na której tak nie wiało ale już na grzbiecie wiatr
znowu dał o sobie znać. Najpierw mijamy monument znajdujący się na szczycie,
dopiero kawałek dalej na rozejściu szlaków znajduje się tabliczka o szczycie
Wielkiej Rawki 1304 m .
n.p.m.
Kolejny etap zaliczony więc idziemy
dalej w kierunku Krzemieńca. W tym celu musimy zejść do dolinki i iść wzdłuż
granicy Polsko-Ukraińskiej by następnie wspiąć się na szczyt Krzemieńca 1221 m . n.p.m.
Sam trójstyk położony jest pośrodku
lasu, więc można tam usiąść i zregenerować siły, coś zjeść i napić się ciepłej
herbaty z sokiem malinowym.
Idąc połoniną z Wielkiej Rawki w dole
widać jakby nadchodziła deszczowa chmura, z której tam już pada – na szczęście
nas nie dopadła.
Schodząc mijamy jeszcze wielu
turystów, którzy zmierzają w kierunku Rawek więc pozostaje im dodać otuchy i
sił serdecznym „Cześć”.
Zbliżając się do parkingu na niebie
pokazuje się okno pogodowe, które oświetla wybrane rejony Bieszczad.
Po dotarciu do samochodu trzeba się
przygotować do dalszej podróży tym razem samochodem.
W drodze powrotnej postanawiamy
zatrzymać się na obiad w Cisnej. Nasze kroki kierujemy do Łemkowskiej Karczmy
tuż obok Siekierezady do której również żeśmy zaglądnęli.
Dalsza trasa przebiegała przez
Komańczę, Duklę gdzie skręciliśmy na Gorlice a później przez Staszkówkę,
Ciężkowice do Tarnowa.
Podczas tego wypadu w Bieszczady
udało się zobaczyć sporo nowych rejonów, odkryć malownicze, pełne magii i
piękna zakątki Bieszczad. I mimo, że nie udało się Nam spotkać Złotej Jesieni
na szlakach jak w zeszłym roku, wyjazd można zaliczyć do udanych, i z pewnością
jeszcze nie raz tam zaglądniemy.
Mam nadzieję, że choć parę osób
wytrwało do końca tej relacji. Niestety mimo tylko 3 dni na szlaku jest mnóstwo
spraw, którymi chciałbym się z Wami podzielić.
Jeśli macie uwagi, piszcie śmiało w
komentarzach.
Pozdrawiam
Subskrybuj:
Posty (Atom)
„Berbeka życie w cieniu Broad Peaku” Pierwsza recenzja po dłuższej przerwie przypadła na książkę o jednym z najwybitniejszych himalais...
-
Witając Was w Nowym Roku 2020 chciałem przedstawić moją recenzję kolejnej książki związanej z górami. Tą książkę równiez znalazłem...
-
Anatomia Góry - Rafał Fronia Tym razem w cyklu recenzji książek górskich krótka lekcja anatomii – „Anatomii góry” Rafała Fronia z pod...
-
Spod zamarzniętych powiek Witajcie w kolejnej odsłonie cyklu recenzji książek górskich. Zarówno tę pozycję, jak i poprzednie wypożyc...
















































































































































